Tym bardziej wryła mi się w pamięć moja pierwsza wizyta na Łodzi Kaliskiej i reakcja na graffiti-styczny bajzel na murach okalających dworzec. Pomyślałam sobie wtedy: "toż to genialne! I jak świetnie wpisujące się w klimat miasta!" Dla innych były to zwykłe bazgroły, ba!, akt wandalizmu, dla mnie - radosne oblicze szarego miasta. Japa tym bardziej mi się uśmiechnęła, gdy dotarły do mnie wieści, że to wszystko na tych murach to legalnie i nawet cyklicznie pejzaż ten ulega modyfikacjom.
Pamiętam też, jak spacerując pewnego dnia po Pietrynie, dopadła mnie galopująca wyobraźnia i wizja budynków przy deptaku wymalowanych jak prosto z kadrów komiksowych - specyficzne barwy, kontury... Ewidentnie cierpiałam na brak kolorów w przestrzeni miejskiej.
Zachwycałam się pomysłem reklamy na ścianie jednego z budynków na rogu Piłsudskiego i Piotrkowskiej, która dodawała uroku budynkowi. Prawdopodobnie innym też się spodobała, bo wszelkie napisy reklamowe zniknęły, a ściana z pomysłem została do dziś.Oczywiście, cyklicznie jest zasłaniana bannerem, ale raz na jakiś czas ukazuje swoje pełne oblicze.
Stałam z otwartą paszczą, gdy niedaleko tejże ściany pojawił się gigantyczny mural z dumną łajbą i Tadziem K. z Placu Wolności.
A to był dopiero początek.
Przez dziesięć lat obserwowałam, jak najpierw nieśmiało, a potem z przytupem miasto, które stało się moim przez zasiedzenie, nabiera kolorów; na moich oczach jego mury zmieniają się w wielką galerię sztuki.
I po tej galerii właśnie (ale nie tylko) chciałabym Was oprowadzić.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz